wtorek, 2 lutego 2016

SKUCHA!

MOI KOCHANI!!! PRZEZ TEN POŚPIECH, SESJĘ I BRAK MYŚLENIA ZAPOMNIAŁAM KOMPLETNIE WAS POINFORMOWAĆ, ŻE WANTEDOWE STORY, DOKŁADNIE 27 STYCZNIA OBCHODZIŁY SWOJE URODZINY!! KTÓRE? TRZECIE ;>!

A WY NADAL JESTEŚCIE  I NADAL WSPÓŁPRACA TRWA. JA TWORZĘ- WY CZYTACIE I OCENIACIE.

DZIĘKUJĘ! ZAWSZE TO PODKREŚLAM I PODKREŚLAĆ BĘDĘ, ŻE ZAŁOŻENIE TEGO BLOGA TO BYŁ JEDEN Z NAJLEPSZYCH POMYSŁÓW, KTÓRE UDAŁO MI SIĘ ZREALIZOWAĆ.

A TO DZIĘKI WAM NADAL TU JESTEM, DZIĘKUJĘ :* 



WASZA SAN

niedziela, 31 stycznia 2016

Ty ćpałaś? - rozdział 153.

„Nie potrafię się odnaleźć. Nie potrafię sobie poradzić. Mam wrażenie, że wraz ze Stephanem coś ze mnie odeszło. Coś zgasło. Nieodwracalnie. Włóczę się z kąta w kąt. Staram się to sobie jakoś poukładać, wyjaśnić… Ale jak wyjaśnić śmierć niewinnego dziecka? Dlaczego to wszystko jego spotkało? Dlaczego nie możemy teraz razem się bawić i śmiać? Nie potrafię odpowiedzieć na te i wiele innych pytań, które chodzą mi po głowie. Jestem Bogu wdzięczna za to, że przez kompletny przypadek było mi dane poznać Stepha. Poznać i pokochać. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że ten dzień kiedy mnie wypatrzył w szpitalu zmieni moje życie. Pomyślałabyś, że pokocham dziecko? Bezwarunkowo? Ja? Która ich nie znosi? Ale już go nie ma. I więcej go nie zobaczę ani nie usłyszę. I właśnie, gdy po raz setny w przeciągu kilku dni zdam sobie z tego sprawę jest najgorzej. To boli najbardziej. Te: „NIGDY WIĘCEJ”. Na pogrzebie Stephana 2 dni temu brakowało mi momentami tchu…
Nie wiem jak sobie poradzić. Chce mi się płakać, ale już chyba nie mam łez, bo wszystkie wypłakałam. W ciągu dnia staram się trzymać, być silna, ale tak jak teraz- w nocy… Ja upadam Mamo. Nie mam siły walczyć z tym, że jest mi tak przykro i źle. Chciałabym się teraz do Ciebie przytulić, tak po prostu. Bez zbędnych słów. Bo Ty mnie zawsze rozumiałaś i wspierałaś. Mamo, tak bardzo żałuję wszystkiego… Chciałabym przeprosić Ciebie i Tatę, pogodzić się z Wami, powiedzieć jak bardzo Was kocham, ale boję się. Minęło trochę czasu i brakuje mi odwagi. Teraz kiedy czuję, że się rozpadam i potrzebuję Was chyba najbardziej na świecie. A szczególnie Ciebie Mamo…”

Zamknęłam laptopa. Nie wysłałam. Jak zwykle. Kilka maili już zebrało się przecież, gdy próbowałam napisać do rodziców, a mimo tego i tak niczego nie zmieniłam. Czułam jak łza zakreślała powoli kolejną ścieżkę na policzku. Spojrzałam w bok na łóżko. Nathan już spał, ale on też bardzo przeżywał i było mu ciężko. Westchnęłam cicho i zwróciłam wzrok z powrotem przed siebie na okno. Tylko księżyc piękny w pełni oświetlał wnętrze pokoju. Otarłam łzę i podeszłam do pudła, którego nie tknęłam od owego dnia… Miałam w nim niespodziankę dla Stephana- nasze wspólne zdjęcia i jego smakołyki, których nie zdążyłam dać. Jednak i tym razem nie miałam odwagi otworzyć kartonu. Nie zniosłabym tego bólu. Jeszcze nie. Zawróciłam z powrotem, podeszłam do łóżka i cicho wsunęłam się pod kołdrę, by nie obudzić Nathana.
Zbudziłam się sama rano. Od tamtego wydarzenia miałam problem ze spaniem. Wstałam i poszłam od razu ogarniać się. 



- Dzień dobry – w pokoju przywitał mnie Nathan, który siedział w łóżku
- Cześć
- Kolejny dzień z rzędu wcześnie wstałaś. Dobrze spałaś w nocy?
- Mhm
- Wiem za to, że późno się położyłaś
- Co chcesz na śniadanie? – przerwałam mu i poczułam na sobie jego wzrok
– Kanapkę
Bez słowa zawróciłam się na pięcie i skierowałam do kuchni. Wybrałam potrzebne składniki do śniadania, wlałam wodę do czajnika i przygotowałam kawę. Kilka minut później, gdy otrząsnęłam się z zawiechy i zaczęłam kroić bułkę, poczułam objęcie od tyłu.
- Zostaw to. – powiedział czule Nathan – Chodźmy się przejść.
- Ale śniadanie…
- Nie ucieknie. – wziął mnie za dłoń i delikatnie pociągnął za sobą, ale wiedziałam, że opór będzie zbędny
Wyszliśmy z domu, a ja od razu na nos założyłam okulary przeciwsłoneczne.
- Dokąd idziemy?
- Na spacer.
- Nie mogliśmy potem? Śniadanie mogłeś spokojnie zjeść.
- Nie, nie mogliśmy potem.
- …bo?
- Bo chcę porozmawiać z tobą teraz.
- Naaaaathhh… - jęknęłam
- Nie „Naaaaaathhhh” – próbował mnie naśladować – tylko jest piękna pogoda i chciałem zabrać swoją dziewczynę na spacer. – uśmiechnął się słodko i niewinnie – Coś w tym złego?
Wzruszyłam tylko ramionami i poddałam się. Szliśmy w milczeniu, mijając domy, ulice, skwerki aż finalnie dotarliśmy do parku.
- Nie wiedziałam, że nieopodal naszego miejsca zamieszkania jest takie miejsce.
- A widzisz! Znalazłem je niedawno i wiedziałem, że muszę cię tu przyprowadzić. Chodź, usiądziemy. – pociągnął mnie na ławkę. Usiedliśmy i patrzyliśmy w dal. Wiedziałam, że ten wypad był celowy i że brunetowi o coś chodziło. Nie ułatwiałam mu jednak zadania i postanowiłam się nie odzywać.
- Dobra Vicky – po kilku minutach raptownie zawrócił się w moją stronę – specjalnie cię tu zabrałem, bo chciałem, żebyś zobaczyła nowe miejsce, ale i chcę porozmawiać z tobą na spokojnie.
- Myślałam, że nie wydusisz z siebie tego.
Zrobił skwaszoną minę po czym kontynuował;
- Widzę co się z tobą dzieje od… - przełknął ślinę – śmierci Stephana – ścisk w gardle – i chcę, żebyś wiedziała, że cię rozumiem, bo mi też jest cholernie ciężko, ale Vicky… - wziął moją dłoń w swoje dłonie – nie możesz tak bardzo tego przeżywać. Minął tydzień, a mi jakby od siedmiu dni podmienili dziewczynę. Jesteś cicha, nieobecna, ciągle zamyślona, smutna… - wymieniał - Nie pamiętam jak się uśmiechasz. Dopiero, gdy ktoś do ciebie zagada wymuszasz uśmiech i udajesz, że jest ok. Ale ja to wszystko widzę Victoria. I nie przewracaj oczami. I nie wzdychaj tak ciężko. – zwracał mi uwagę – Życie toczy się dalej. Boli bardzo, że Małego już z nami nie ma, ale on na pewno nie chciałby, żebyś była taka smutna. I… - Nathan popatrzył mi głęboko w oczy – i co zapewne zrobiłby gdyby cię taką zobaczył?
Łzy napłynęły mi do oczu na samo wspomnienie. – Podbiegłby, wtuliłby się i powiedział, żebym nie była smutna, bo on też będzie, a nie lubi być smutny.
- Właśnie – pocałował moją dłoń – I ja też nie chce, żebyś taka była.
- Ale Nath – rozpłakałam się – to jest takie trudne… Cały czas myślę o tym, że może dałoby radę znaleźć wcześniej te pieniądze, że może nie zrobiliśmy wszystkiego…
- Vicky… Vicky, spójrz na mnie. – ujął moja twarz w dłoniach i zmusił do spojrzenia – Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. – mówił twardo - Tak miało być, nie zmienisz woli Boga. – i przytulił mnie do siebie mocno – Obiecaj, że nie będziesz więcej siebie obwiniać za coś na co wpływu nie mieliśmy i że nie będziesz się zadręczać ani dołować. Postaraj się żyć dalej normalnie. Ze Stephem w sercu, ale normalnie. Jak do tej pory. – mówił do ucha – Obiecaj mi to Victoria.
Zacisnęłam oczy i szepnęłam. – Obiecuję.
- Dzielna dziewczyna. – odsunął się, by namiętnie mnie pocałować – Mogę coś dla ciebie zrobić, żeby ci pomóc?
- Wystarczy, że jesteś.
- Oooooo uśmiechnęłaś się! – on się rozpromienił – Yes yes yes! – zaczął mnie rozśmieszać – Ale tak poważnie… zauważyłem jeszcze jedną rzecz w ciągu tych paru dni.
- Jeeeeeejuuu Naaaaath – ponownie przewróciłam oczami – Dałbyś już sobie spokój z tymi obserwacjami i wywodami.
- Tak tak… Nie tęsknisz za rodzicami, nie brakuje ci ich teraz?
Kurde. Walił prosto w środek. Miał cela.
- Daję sobie radę.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Odpowiedziałam.
- Nie. Zbyłaś mnie.
- Nie zbyłam cię. Odpowiedziałam.
- To było pytanie zamknięte; odpowiedź prosta TAK lub NIE. Więc?
Westchnęłam. – Tak. Usatysfakcjonowany? Bardzo mi ich teraz brakuje w tych dniach, strasznie za nimi tęsknię. Już. I co? Zmieniło to coś?
Wyszczerzył się. – Zmieni. – ściągnęłam brwi, nic nie rozumiejąc – Zadzwoń do nich.
Wstałam momentalnie. – Oszalałeś?!
- Raczej nie.
- Nathan ja tego nie zrobię.
- Dlaczego? Skoro tęsknisz?
- Bo nie!
- Om tak, uwielbiam tę odpowiedź. – skwitował
- Daj spokój. Wracamy.
- Nigdzie nie wracamy. – zawrócił mnie od razu i sprowadził do poziomu ławki – Siadaj. – nakazał – Pamiętasz jak bodajże w tamtym tygodniu powiedziałem, że jeśli sama tego nie zrobisz to ja wyciągnę za ciebie rękę do rodziców?
- O rety… - uniosłam brew – Co ty zrobiłeś?
- Moja droga kochana Victorio… - chrząknął teatralnie
- Musi być grubo skoro tak zaczynasz… Ej! Nie śmiej się! – zaczęłam go szturchać, gdy wpadł w atak śmiechu – Ja jestem przerażona, a ty masz ubaw?
- Właśnie… o to… chodzi.- mówił, łapiąc oddech – Żebyś widziała swoją minę hahahahaha!!!
- Sykes zaraz oberwiesz! – wycedziłam przez zęby – Co zmalowałeś?
- Napisałem do twoich rodziców.
- Pffff!! – powietrze ze mnie zeszło i ulga niesamowita nastąpiła – Jak ty polskiego nie znasz! – prychnęłam
- No. – przytaknął jakby nie poczuł się urażony – Ale ty znasz. – moja uniesiona brew – Wysłałem twoje maile, które pisałaś, ale odwagi ci zabrakło do wysłania ich. Łącznie z tym dzisiejszym, którego napisałaś w nocy.
Przełknęłam ślinę i nieśmiało spytałam; - Wersje robocze?
- Dokładnie! – dokończył dumnie
- Ja cię kiedyś zastrzelę. – schowałam twarz w dłoniach
- Eeeee… Powinnaś być mi wdzięczna!
- Po co się mieszałeś?! – spojrzałam na niego – Prosił cię ktoś o to?!
- Tak
- ?!
- Ty. Niemo, ale dostatecznie wyraźnie.
Patrzyłam na niego bez słowa. – A teraz wyraźnie pokazuje co chcę przekazać?
- Że chcesz dać mi buzi? – zrobił dziubek
- Chyba W BUZI!
- No wiesz?
Jednak od razu pierwsze nerwy opadły i uśmiechnęłam się. – Jesteś straszny.
- Wiem. Ale jeszcze mi podziękujesz. – przysunął mnie do siebie i pocałował w czoło
Wstaliśmy, żeby wracać z powrotem, gdy jeszcze zatrzymałam się.
- Nath… - zaczęłam cicho – ale nie spodziewaj się, że… to mi wszystko przejdzie jak ręką odjął…
- Nie spodziewam się. – popatrzył w oczy z czułością – Ale chcę, żeby ta moja wesoła Vicky powoli wracała, bo tęsknię za nią.
Uśmiechnęłam się, czując jak ciepło wypełniało moją duszę.

W domu;

- Dzień dobry kochana, jak samopoczucie? – Lisa weszła na taras, gdzie siedziałam
- Cześć, OK.
Usiadła obok mnie. – A tak naprawdę? Widzę przecież jak przeżywasz i jesteś gdzieś daleko myślami.
- Lisa, jest OK. – powtórzyłam – Niedawno wróciłam ze spaceru z Nathanem, na którym trochę ustawił mnie do pionu. – przyjaciółka patrzyła z niedowierzaniem – Naprawdę – lekko się uśmiechnęłam – trochę się wycofałam przez ostatnie dni, ale nie zdawałam sobie sprawy, że to aż tak widać i że Nath tak się tym przejął.
- Każdy to zauważył. A Nath, no cóż… masz cudownego chłopaka, który gwiazdkę z nieba chce ci dać. – puściła oko
- Fakt… modliłam się o cudownego mężczyznę i mam, on się nie modlił i ma mnie. – Lisa parsknęła – Ale tak szczerze… chcę coś zrobić dla niego, jakoś odwdzięczyć się za to wszystko co on dla mnie robi… Mam wrażenie, że wcale mu się nie odpłacam tym samym…
- Vicky o czym ty mówisz? Przecież to normalne w miłości, że jak się kocha to jesteś w stanie zrobić dla drugiej osoby wszystko i to bezinteresownie.
- Jakoś w tym starciu widzę, że Nathan bardziej się stara, a ja jestem daleko w tyle. – przygryzłam wargę
- Nie wydaje mi się. – dziewczyna pokiwała głową – Sorry Vicky, ale to ty zostawiłaś pracę, w której doskonale się spełniałaś i ludzi, których kochałaś, byle przylecieć tutaj do Ameryki.
- Ale to chyba normalne i nic nadzwyczajnego, po prostu chcę być obok Natha.
Lisa uśmiechnęła się. – No nie dla wszystkich jest to normalne, bo nie każdy by się tak poświęcił.
- Nie przesadzaj z określeniami.
- Osobiście uważam, że obydwoje jesteście siebie warci, bo obydwoje uważacie, że dajecie od siebie za mało, a na swoim koncie macie i tak bardzo bardzo dużo.
Ściągnęłam brwi. – Jak to „obydwoje uważacie”? Rozmawiałaś na ten temat z Nathanem?
- Oooouuu…
- Taaaak?
- Ostatnio przyszedł do mnie pogadać, bo miał wrażenie, że przez te wydarzenie się od siebie oddalacie i szukał sposobu, żebyś poczuła się lepiej.
- Lisaaaa…?
- Mmm?
Popatrzyłam jej w oczy i powiedziałam cicho z uśmiechem; - Kocham go.
- Nie dziwię się wcale!
- A wiesz, że wysłał moje maile do mojej mamy, bo ja nie miałam odwagi tego zrobić?
- Żartujesz?!
- Nie! Dowiedziałam się o tym godzinę temu.
- O rety. I co, jakiś odzew?
- Uspokój się, jeszcze nie, ale szczerze mówiąc mam ogromne nerwy… Zobaczymy co z tego wyjdzie.
- Ale chcesz się pogodzić z rodzicami?
- Chcę, ale wiesz, że różnie to może wyjść… W połączeniu z moim i rodziców temperamentem…
- Ogień! Ale wierzę, że ten ogień uda się zgasić.
- W ogóle Lisa… przepraszam.
- Za co?
- Właściwie za wszystko…
- Nie rozumiem?
- Bo nie tak miał wyglądać twój urlop w Los Angeles! – wypaliłam – Wszystko jest nie tak!
- Ale uspokój się, kobieto! Co ty taka winna się za wszystko zrobiłaś?
- Oj, wcale, że nie za wszystko.
- Lisa – wpadł na taras Jay – pomożesz mi w tym sklepie?
Spojrzałam podejrzanie na przyjaciółkę, a ona niewinnie wzruszyła ramionami. – Może właśnie tak miał wyglądać. – szepnęła mi na ucho i poszła za Loczkiem
Korzystając, że byłam sama zamknęłam oczy i oddychałam głęboko. Znowu wspominałam chwile spędzone ze Stephanem. Znowu rozgrzebywałam rany, które w sumie nawet nie zdążyły pokryć się strupami.
- Vicky… - Nathan usiadł obok mnie, a ja nie zdążywszy jeszcze uronić łzy, otworzyłam oczy - …właśnie Scooter zadzwonił i oświadczył, że mamy jutro wywiad i występ w telewizji na żywo. – patrzył na mnie uważnie i chyba zastanawiał się nad czymś – I… dobrze by było jakbyś poszła z nami, ale jeśli nie jesteś na siłach to zrozumiem.
- Ja? Po co ja wam tam jestem potrzebna? Przecież nie jestem członkinią The Wanted.
- No tak, ale w wywiadzie będą też pytania o to jak nam się tu żyje, mieszka, takie o codzienność…
- Rozumiem, że Kelsey i Nareesha też idą?
- Tak
- OK
- Zgadzasz się? – jego kąciki ust powoli kierowały się ku górze
- Tak
- Ale na pewno jesteś w stanie?
- Tak. Tyle w temacie.
- OK. Dzięki – dostałam buziaka
- Słońce! – stanął naprzeciwko nas Tom i patrzył na mnie – Sprawa jest! Nie wiem czy Nathan dał sobie radę, ale czy byś
- Już załatwione Tom.
- Aha… Czyli falstart?
- Raczej opóźniony zapłon stary.
- Nath, bo oberwiesz w czapę.
- Panowie uspokójcie się. – chrząknęłam
- Naaaaaaaaaaaaaathaaaaaaaaaan!! – z wnętrza domu wydarł się Siva
- Co chcesz?!
- Chodź tu, bo koszule nam się pomieszały!
- Ja nie wiem jak ten człowiek radzi sobie z życiem. – z ironią skwitował Tom, a Sykes niezadowolony cmoknął i poszedł do domu na ratunek
- Jak tam Słońce? – jego miejsce zajął Tom
- Przepraszam cię, ale chciałabym posiedzieć sama…
- Ja wiem. I dlatego nie posiedzisz sobie sama. Nie patrz tak na mnie! Nie mogę już znieść jak chodzisz taka smutna i cicha.
- Rany boskie Tom! Od – zacięłam się i nie przeszło mi to przez gardło, więc pominęłam – minął tydzień, a ty kolejny dajesz kazanie na temat tego, że chodzę smutna? To przepraszam, mam śmiać się, krzyczeć, bawić jakby nic się nie stało? O czym ty do mnie mówisz?
- Ty wiesz o czym ja mówię, nie przekręcaj wszystkiego. Oczywiście, że nie chodzi mi o to wszystko co wymieniłaś. Ty oddalasz się Vicky od nas wszystkich.
- Może inaczej teraz nie potrafię?
- Potrzebujesz czasu?
- Tak
- Ile? Dwa dni, dwa tygodnie, pięć miesięcy?
- Nie wiem Tom.
- A może za pięć miesięcy nadal będziesz w takim stanie jak dzisiaj?
- Przestań.
- Po prostu jako twój przyjaciel martwię się o ciebie.
- A ty rozumiesz słowo „żałoba”?
- Rozumiem. Ale nie rozumiem takiego wycofywania się.
- Żadne wycofywanie. Idę jutro z wami na ten wywiad.
- O, super! – zironizował, a ja tylko westchnęłam – A słuchaj… nadal z Maxem nie rozmawiacie?
- A czemu coś w tej kwestii miałoby się zmienić? Nadal nie rozmawiamy, nadal działamy sobie na nerwy, nie rozumiemy co do siebie mówimy i lepiej jest unikać się albo starać się sobie nie wchodzić w drogę.
- Źle robisz.
- Dziękuję.
- Słuchaj, on naprawdę chciał pomóc
- Przyjąłeś role jego adwokata? – przerwałam mu
- Po prostu chcę, żebyście się pogodzili, żeby było jak dawniej do cholery!
- Ale Tom. Nic nie będzie jak dawniej.
Zaczął dzwonić mój telefon. To mama. Serce zaczęło mi walić i znieruchomiałam, ale zaraz nieśmiało odebrałam.
- …tak?
- Wiki… - głos mamy stopił we mnie wszelkie lody. Był taki ciepły i kochający – Dziecko, jak dobrze, że odebrałaś.
- Mamo… - wzruszyłam się, a Tom widząc intymną sytuację zostawił mnie na tarasie samą – nawet nie wiesz jak czekałam kiedy zadzwonisz.
- Nie mogłaś w takim razie ty wcześniej zadzwonić?
- Przecież dopiero u was świta. – roześmiałam się – Nie miałam zamiaru budzić cię w nocy.
- Uwierz mi, że nic by się nie stało jeśli miałaś taką potrzebę. – zapewniła mnie – Dostałam twoje maile. Coś mnie ruszyło i od razu, gdy się zbudziłam otworzyłam pocztę, a tam kilka wiadomości od ciebie. Nawet nie wiesz jaka byłam szczęśliwa. Wszystko już wiem kochanie. Tak mi przykro z powodu tego chłopca… Naprawdę bardzo chciałabym cię teraz mocno przytulić…
- A ja bardzo tego potrzebuję mamo… - rozpłakałam się
- Wiki kochanie przyleć.
- Jak mamo? Przecież jestem w Los Angeles.
- Dziecko, słyszę, że się rozpadasz. Potrzebujesz pobytu w domu.
- Bardzo bym chciała, ale nie wiem jakby to miało wyjść…
- Prześlę ci pieniądze na bilety.
- Ale to nie o to chodzi.
- A o co?
- Specjalnie z Londynu przyleciałam do Nathana i mam teraz z kolei lecieć do domu?
- Nie widzę w czym problem. Wiktoria, a Nathan nie widzi, że pękłaś, bo znowu za dużo się wszystkiego nazbierało? Jeśli nie zrozumie tego, że musisz zrobić to dla siebie
- Zrozumie. – wyprzedziłam ją, a ona z nadzieją w głosie spytała;
- To co, przylecisz?
- Pomyślę.
- Zastanów się. Bardzo się za tobą stęskniłam córciu. Zresztą nie tylko ja…
- Tata… Mieszkacie nadal razem?
- Tak. Porozmawiamy jak przylecisz, dobrze?
- Dobrze.
- I nieźle podszkoliłaś już swojego chłopaka w języku polskim.
- To znaczy?
- W wiadomości całkiem nieźle dało się go zrozumieć.
Postawiłam oczy. – Serio coś od siebie dodał? Co ci napisał?
- M.in. to, że to on wysyła te maile, że nie wie czy są dobre, bo nie rozumie tak dobrze polskiego, ale wie, że pisałaś je do mnie, gdy było ci ciężko. Tylko, że ich nie wysyłałaś…
- Nie miałam odwagi mamo.
- Odwagi do czego?
- Żeby po tej awanturze i odcięciu się od was, pisać do ciebie i użalać się wtedy kiedy sobie nie radzę… Wydawało mi się to okropne.
- Wiki, zawsze będziesz moim dzieckiem i bez względu na to co się wydarzyło, zwracaj się do mnie, gdy masz taką potrzebę. Co ty w ogóle sobie wymyśliłaś… - usłyszałam, że mama się wzruszyła
- Tak po prostu… Dobrze mamo, to ja pomyślę nad tym domem i odezwę się niedługo, ok?
- Dobrze. Czekamy z niecierpliwością. Trzymaj się córcia, uważaj na siebie. Bardzo cię kocham.
Łzy popłynęły mi po policzkach. – Ja ciebie mamo też… - odłożyłam telefon. Wstałam i wróciłam do pokoju. Po jakiejś godzinie przyszedł Nathan;
- Tu jesteś. Wszędzie cię szukałem. Zdecydowanie ten dom jest za duży. Obejrzymy jakiś film?
- Tak
- Na co masz ochotę? Kino akcji czy fantasy?
- Nath, dzwoniła do mnie mama. – wypaliłam od razu
- I…?
- Dziękuję tobie. – uśmiechnęłam się
- No widzisz! – roześmiał się i przytulił mnie mocno – Co ty byś zrobiła beze mnie? Zginęłabyś marnie bez takiego cudownego chłopaka!
- I skromnego przede wszystkim. – dodałam
- Otóż to! – odsunęliśmy się od siebie – A jak rozmowa przebiegała? Bez zbędnych pretensji i żali?
- Bez!
- To najlepiej!
- I słuchaj… - zastanawiałam się jak powiedzieć mu o tym, że chciałabym polecieć do domu, gdy ktoś zapukał. Zajrzał Max;
- Nath, Tom cię woła.
Brunet przewrócił oczami. – Żyć dziś beze mnie nie mogą. – wyszedł z pokoju, a Max nadal stał w wejściu. Spuściłam od razu wzrok i udawałam, że szukam czegoś w laptopie, chcąc, żeby sobie poszedł. Ale nie zrozumiał.
- Nie uważasz, że przesadzasz?
- No tak, powinnam pogodzić się już z tym, że w sytuacjach konfliktowych wina zawsze według ciebie leży po mojej stronie. – powiedziałam szybko, nie patrząc na niego
- Bo ja nie rozumiem w czym zawiniłem. W tym, że wysłałem pieniądze na lek Stephana z anonimowego konta i nie chciałem się przyznać?
- Możesz stąd wyjść?
- A normalnie przyjęłabyś te pieniądze?
- Możesz stąd wyjść?
- Oczywiście, że nie, bo twój honor by ci nie pozwolił.
Zamknęłam laptopa z impetem i warknęłam szybko zrywając się z łóżka.
- Gówno wiesz o moim honorze, bo w starciu chłopca ze śmiertelną chorobą to ja tu się nie liczyłam.
Byliśmy naprzeciwko siebie tuż tuż. Wpatrywałam się wściekła w jego oczy.
- Wkurzasz mnie i to tak bardzo, że ledwo się powstrzymuje, by nie powiedzieć ci przykrości.
- Nie wierzę, od kiedy masz takie wyczucie i takt? – ja tam się nie powstrzymywałam
- Od wtedy kiedy ty go straciłaś.
- Mhm… Nie wierzę, że od zawsze!
Max zaczął się wycofywać. – Nie mogę z tobą wytrzymać. Będzie chyba lepiej jak nie będziemy sobie wchodzili w drogę.
- Oczywiście, że tak. – odczuwałam wielką wrogość ku niemu i wycedziłam, nie panując do końca nad sobą – Za kilka dni wylatuję do Polski, więc nie będziesz skazany, żeby na mnie patrzeć!
Zdziwiłam go, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, bo Nathan wrócił na górę.
- Vicky, nie obejrzymy jednak filmu… Max – zwrócił się do kumpla – przestańcie się kłócić.
Na co George brutalnie mnie ściął i syknął. – Jej to powiedz. – po czym zawrócił się na pięcie i odszedł, a ja zacisnęłam wargi i starałam się zamknąć co udało mi się. Wracałam się już do pokoju, gdy Nathan przytrzymał mnie za rękę.
- Vicky, dostaliśmy telefon od Scootera. Chce z nami się spotkać przed tym wywiadem, żeby przygotować się do pytań odnośnie zespołu. Przepraszam, że nie spędzimy razem leniwego popołudnia, ale mam nadzieję, że
- Jasne, rozumiem.
- Przygotuję na wieczór coś ekstra.
- Dobrze, do wieczora. – dałam mu buziaka w policzek i schowałam się z powrotem w pokoju. Chwilę później weszła do mnie Lisa.
- Siemano! – rozsiadła się w nogach łóżka
- Co za energia. – skomentowałam – Czyżby to Jaya zasługa? - przygryzła tylko wargę, uśmiechając się – Rozumiem. – kiwnęłam głową – Może coś z tego jeszcze wyjdzie?
- Nie. Raczej nie.
- Ale uśmiechasz się jak to mówisz. Nie wierzę w takim razie!
- Ojeeeeej… - zaczęła nerwowo poprawiać włosy
- Ok, rozumiem. – uśmiechnęłam się ciepło – Zobaczymy, ale trzymam kciuki.
-  A jak u ciebie? Rodzice zadzwonili?
- Tak. Mama.
- To co nic nie mówisz?! – rzuciła we mnie poduszką – I co wyszło?
- Że tęsknota jest dwustronna. I ogólnie tak bardzo miło było usłyszeć mamę, serio…
- Ale pogodziłyście się?
- Tak jakby. Znaczy oficjalnie nie padło słowo „przepraszam” od żadnej strony, ale skrucha była.
- I co teraz?
- Nie wiem. – wzruszyłam ramionami – Mama bardzo chce, żebym przyleciała do nich, ale ja nie wiem sama…
- Czemu się zastanawiasz?
- Wzięłam ten urlop specjalnie dla Nathana, by z nim pobyć.
- A widzisz go tu obok siebie?
- Lisa, nie mów tak.
- Sorry… No ale myślałam, że spędzimy dziś z Jayem razem całe popołudnie i wieczór…
- A to tu cię boli! – wytknęłam palcem, a ona od razu zrobiła się czerwona jak buraczek – No peszek, w takim razie spędzicie razem tylko wieczór… - westchnęłam dwuznacznie
- Jesteś straszna Victoria!
- Przecież widzę, że was do siebie ciągnie. Ślepa nie jestem.
- Ale to nie jest takie proste. – opadła na łóżko
- Wszystko jest proste tylko my sobie niepotrzebnie komplikujemy.
- Ale my przecież próbowaliśmy Vicky i to nie jeden raz i co?
- Gówno
- Dokładnie, więc i on i ja jesteśmy z dystansem.
- A pomyśl co by było jakby ten dystans znikł i namiętność i żar, który siedzi w was wybuchnąłby!
Lisa podniosła się na przedramiona i uważnie na mnie spojrzała. – Ty ćpałaś?
- Dziś wyjątkowo nie.
- A mijałam się z Maxem! – przypomniało się jej - Czyżby twój ulubiony kolega cię odwiedził?
- Owszem.
- I jak było?
- Szałowo. Jak zwykle ostatnimi czasy.
- Powiedz mi Vicky co się teraz z wami dzieje?
- Nie wiem Lisa. – wzruszyłam ramionami – Ale przysięgam, że George działa mi teraz na nerwy pod każdym względem! Cokolwiek nie powie, jakkolwiek na mnie nie spojrzy… To już moja wina, bo tak się nastawiłam na niego, ale naprawdę nie potrafię tego zwalczyć. I tak wiem, że wszyscy to widzicie, sory.
- No nie da się ukryć, że widzimy waszą niechęć do siebie… Od kiedy to właściwie się zaczęło?
- W sumie… - zamyśliłam się – nie pamiętam dokładnie, ale lawina ruszyła jak wyznał mi, że nie jestem mu obojętna, potem jak widziałam z jakimi pannami się spotykał i spał; to mnie strasznie wkurzało pamiętam, potem on zaczął mi docinać i tak już odnośnie wszystkiego po sobie jedziemy. I to bez trzymanki czasami.
- Zaraz, stop! Dlaczego cię wkurzało, gdy widziałaś go z innymi laskami?
- No bo… żebyś ty widziała te laski, Lisa! Przecież jak one wyglądały, co one sobą reprezentowały! Dno i wodorosty!
Lisa zmrużyła oczy. – Przecież wcześniej miałaś wylane na to z kim spotykał się Max. Wiedziałaś jaki on jest.
- Dobrze, wiedziałam, ale bez przesady!
- A od czasu kiedy on się ujawnił przed tobą zrobiłaś się taka… Victoria, czy ty coś czujesz do Maxa?
- LISA BŁAGAM CIĘ!
- Przyznaj, że podoba ci się.
- Zaraz cię stąd wyproszę! – roześmiałam się – Stara, co to w ogóle za gadki, daruj sobie! Jestem z Nathanem przypominam.
- No, a gdybyś nie była?
- ALE JESTEM! Koniec tego debilnego tematu!
- Spokojnie, już… A tobie nie jest smutno, że Nathan pojechał z chłopakami i, że cię tu zostawił?
- Maleńka… Kwestia przyzwyczajenia. Często tak jest, że Scooter zabiera ich na spotkanie i siedzimy z Kelsey i Nareeshą same.
- Przykre.
- Prawdziwe. – poprawiłam
- I długo ich nie ma?
- Różnie. Tylko nie uschnij z tęsknoty, Jay niedługo wróci.
- Małpa!
Posiedziałyśmy jeszcze chwilę u mnie, a potem Lisa zaciągnęła mnie na dół do Kelsey i Nareeshy. Nie miałam ochoty na kontakty społeczne, ale wiedziałam też, że moje wszelkie przeciwstawienia byłyby bezsensowne i na pewno przekazane Nathanowi, a nie chciałam słuchać kolejnego kazania, że nie mogę siedzieć sama i się wycofywać. Mimo, iż czułam, ze tego potrzebowałam. Takiej zadumy, ciszy… Mogłam na to liczyć jedynie w nocy kiedy Nathan już spał. Wtedy przebywałam ze Stephanem w myślach.
Siedziałyśmy z dziewczynami w salonie i oglądałyśmy telewizję. Było dość gorąco na dworze i w domu, więc leżałyśmy rozłożone i na szczęście żadnej nie chciało się rozmawiać. Co jakiś czas tylko któraś coś skomentowała odnośnie programu ew. donosiła kolejną porcję lodów na ochłodę w salaterkach.
Pod wieczór wrócili chłopaki.
- Jesteśmy! – zaczęli drzeć się od wejścia jeden przez drugiego
- I skończyła się sielanka. – westchnęła Kelsey
- Co zrobiłyście na kolację? – wpadł pierwszy Tom
- Nic
- Jak to „nic”?!
- Masz rączki to sam sobie zrób.
- Kochanie – Tom wepchał się koło Kelsey na sofę – ja
- Tak wiem – blondynka przyjęła głos swojego chłopaka – „ja ciężko zarabiam na życie, wypruwam żyły, to mogłabyś chociaż zrobić kolację dla swojego faceta”. – odchrząknęła i kontynuowała swoim głosem – Nie, nie mogłabym.
Brunet od razu spojrzał na mnie świdrującym wzrokiem.
- Parker, ja z nią nie rozmawiałam. – westchnęłam, w tej samej chwili Nathan podszedł do mnie, chciałam się przywitać, ale on bez słowa wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą na górę.
- Nathan o co chodzi? – dopytywałam po drodze, ale on milczał. Dopiero, gdy wparowaliśmy do pokoju, zamknął za sobą drzwi i wyrzucił z siebie nieźle zdenerwowany;
- Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć?!
Stałam jak wryta na środku i miałam dosłownie poker face’a…

- A tak mniej więcej to co tym razem zrobiłam?







Cześć! Pisałam, że postaram się dodać rozdział jeszcze w tym tygodniu? I dotrzymuję słowa :* 2/3 rozdziału powstało na początku stycznia, a resztę pisałam dziś, z której jestem bardziej zadowolona, ale nie miałam kompletnie weny jak ulepszyć początek, dlatego też przepraszam jeśli część z Was się zanudziła albo gdzieś po drodze mi przysnęła ;)... 
Akcja nie jest teraz porywająca, bo przygotowuje grunt na eksplozje- trochę dramatów chyba mi się w głowie kształtuje ;p Jak doskonale wiecie- musi być trochę nudniej, by potem była- no powiedzmy, "miazga" ;)

Kochani! Przede mną już TYLKO 2 egzaminy. Jeden jutro (pozdrawiam), a ostatni w czwartek. Chyba dobrze trzymaliście kciuki za ustne, bo dostałam z pierwszego 4, a z drugiego 5 ;) Na resztę wyników pisemnych jeszcze czekam, ale jak na razie chyba wszystko zdane. Zobaczymy jak te dwa ostatnie pójdą.
Poza tym! Uwaga uwaga! SAN DOSTAŁA STAŻ W MIĘDZYNARODOWEJ FIRMIE W SAMYM CENTRUM WARSZAWY!!!!! TAMTAMTAAAAAAAAM!!!! Musiałam się pochwalić :p Byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w piątek, na której czułam się bardzo dobrze i mega pewnie siebie i po niej od razu powiedzieli mi, że chcą rozpocząć ze mną współpracę, yeeeeaaaah :D Być może w końcu rozpoczęła się dobra passa ;) Zaczynam za 2 tygodnie i jestem bardzo podekscytowana! 
Muszę dokupić poważnych, eleganckich koszul skoro mam pracować 10 godzin dziennie w biurze, nie ma to tamto ;) Oczywiście tryb studiów zostaje bez zmian- dwa lata w rok nadal. Mam nadzieję, że się nie zajadę i ze wszystkim sobie poradzę. W końcu to moje ostatnie 5 miesięcy w stolicy, więc muszę wycisnąć z nich jak najwięcej ;)!

Zaczynam pisać kolejny rozdział dla Was!
<3

PS dziękuję za wszelką wiarę we mnie i słowa otuchy. Jesteście nieocenione Dziewczyny! <3

wtorek, 26 stycznia 2016

Infooo

Kochani! Wiem, że daję ciała odnośnie bloga, że czekacie, ale obiecuję, że w tym tygodniu jeszcze prawdopodobnie pojawi się kolejny rozdział. Przepraszam, że do tej pory była cisza, ale mam sesję, a ogarnąć egzaminowo dwa semestry w jednym to nie jest lekka sprawa, bo terminy gonią, materiału jest od groma, a człowiek jest tylko człowiekiem i spać też musi ;)
Ale żeby nie było, że rzucam słowa na wiatr- do tej pory wszystko zdane i do przodu, egzamin w szpitalu psychiatrycznym również i to 4,5 jednego punkta zabrakło mi do piąteczki ;)!
Jutro mam dwa egzaminy, w tym jeden ustny, więc trzymajcie Kochani kciuki, żeby reszta była pięknie zdana. W czwartek 2 egzaminy, w piątek jeden i potem jeszcze poniedziałek i czwartek i wyjazd do domu!!!! I pisanie 4 esejów na zaliczenie -.-  Ale to nic, ważne, że będę już w domku. Odliczam, bo naprawdę mam wrażenie, że jadę na resztkach sił intelektualnych ;)
Wracam do nauki, jutro wstaję wcześnie (mam nadzieję, że dam radę), żeby jeszcze powtórzyć i wypić litry melisy na uspokojenie :)
Całuję, ściskam i mimo, że mam jej mało to wysyłam pozytywną energię tym, którzy potrzebują jej jeszcze bardziej niż ja. Nie przejmujcie się niczym - wszystko da się rozwiązać i załatwić, a jeśli nie (w co nie wierzę) to martwić się nie ma sensu ;)

<3
Wasza niepokonana San (a co! ;D)

PS jak Wam się podoba nowy look bloga? :)

czwartek, 31 grudnia 2015

Walczymy - rozdział 152.

Wysiadałam z samochodu, gdy usłyszałam jeszcze Nathana;
- Jesteśmy w kontakcie!
Wbiegłam do szpitala i sprintem kierowałam się na salę Stephana. Przed drzwiami zatrzymała mnie znajoma pielęgniarka.
- Przykro mi, nie można.
Ledwo wyhamowałam. – Jak to nie można? – na jednym wdechu
- Lekarze próbują unormować stan pacjenta.
- Ale co ze Stephanem?! – zawołałam chyba za głośno, bo kobieta zganiła mnie wzrokiem, złapała pod rękę i odsunęła na bok
- Pani Victorio, proszę się uspokoić.
- Jak mam się uspokoić skoro nie wiem co się dzieje i nie mogę do niego wejść?!
- Proszę pani… - westchnęła – Za tamtymi drzwiami toczy się walka. – spojrzała mi głęboko w oczy – Bez leku, o którym było wspominane ani rusz. Przykro mi… - powiedziała po czym odeszła ze spuszczoną głową. Patrzyłam za nią długo do czasu, gdy obraz został rozmazany i łzy zaczęły lecieć po policzkach. Wyciągnęłam szybko telefon i wybrałam numer.
- Tak kochanie? Nie mogę rozmawiać, właśnie wchodzę do fundacji.
- Nath…
- Vicky, płaczesz? Skarbie
- Nath proszę cię pospiesz się. – chciałam dodać coś jeszcze, ale niestety telefon w czasie drogi do szpitala nie zdążył się naładować w samochodzie i wyłączył mi się. Starałam się głęboko oddychać, ale nie wychodziło mi to. Chodziłam po korytarzu nerwowo w to i z powrotem, próbując włączyć telefon, który ani drgnął. Co chwilę patrzyłam na drzwi od sali i marzyłam, żeby stanął w nich uśmiechnięty Steph. Nie miałam pojęcia ile czasu minęło na dreptaniu przed salą, ale dla mnie była to nerwowa wieczność. Serce biło jak oszalałe, a ręce i nogi drżały. W gardle urósł gul wielkości piłki chyba tenisowej i miałam wrażenie, że lada chwila zwymiotuję. Po którejś rundce na korytarzu, gdy zakręcałam się, na korytarz wbiegła Lisa i Max. Ściągnęłam brwi.
- Co wy tu robicie?
- Och Vicky! – podbiegli do mnie – Tak nam przykro! – przytulili mnie, ale odsunęłam się i spojrzałam na nich z wyrzutem
- Jakie przykro? Stephan żyje. I będzie żyć. – spojrzałam na drzwi – Walczymy. … w ogóle co wy tu robicie? – powtórzyłam
- Nathan zadzwonił i poprosił, żebyśmy przyjechali do ciebie.
- Dzięki… Pożyczysz mi telefon? Mój mi padł.
- Jasne, trzymaj. – Max podał swoją komórkę
- Idę po kawę. Chcecie?
- Jasne Lisa, dzięki. – wybrałam numer Nathana, po sygnale oczekiwania chłopak odebrał;
- Jesteście już w szpitalu? Daj mi Vicky!
- To ja Nath, telefon mi się rozładował.
- Rany boskie Victoria, nie mogłaś go naładować? – mały opieprz – Jadę do drugiej fundacji, w tej nie miałem czego szukać. - uniosłam wzrok, byle nie ryknąć płaczem – Halo… Vicky… jesteś tam?
- Mhm…
- Vicky, w jakim on jest stanie?
- Nie wiem dokładnie… - nie wytrzymałam i rozpłakałam się – Nie chcą mi niczego powiedzieć. Nathan spiesz się. Tylko tyle wiem, że nie mamy czasu. – teraz to brunet niczego nie odpowiedział – Damy radę. – dodałam zaraz
Chrząknięcie. – Pewnie, że damy radę. Muszę kończyć. – rozłączyliśmy się. Drżącą ręką oddałam Maxowi telefon. On szybko go schował do kieszeni po czym bez słowa zrobił krok w moją stronę i mocno przytulił do siebie. Schowałam twarz w jego klatkę piersiową i próbowałam uspokoić się. Musiałam opanować emocje i myśleć logicznie.
- Przyniosłam kawę… - mruknięcie Lisy. Oderwałam się od Maxa i wytarłam resztki łez z polików.
- Skąd mogę wziąć jeszcze kasę? Pomóżcie mi coś wymyśleć.
- Nie wiem… - pokręciła głową Lisa – Znasz jakiegoś kota, który miałby hajsu jak lodu?
- Gdybym znała to bym od razu się do niego zgłosiła.
- A ten cały ich – kiwnęła głową na George’a – Scooter?
- Nie rozumiem…
- Lisa chyba chce wziąć od niego kasę… - Max popił kawy
- Ale on przecież mnie nie znosi. Postawił mi ultimatum, że dałby kasę gdybym zgodziła się na ustawiony wywiad, a ja… - aż zakręciło mi się w głowie, gdy zdałam sobie sprawę z własnego czynu - …a ja obniosłam się honorem i powiedziałam, że nie będę kłamać. Cholera! – załamana złapałam się za czoło – Było trzeba siedzieć cicho i na wszystko się zgadzać to teraz miałabym tą kasę! Co ja narobiłam?!
- Rety jak ona zbladła... – Lisa zaalarmowała do Maxa, który od razu z zaniepokojoną miną posadził mnie na krześle
- Co ja zrobiłam?! – wielkimi oczami patrzyłam na dwójkę przyjaciół
- Vicky uspokój się, słyszysz?! Uspokój!
- Niczego złego nie zrobiłaś.
- Chciałaś być w porządku.
- W porządku?! – krzyknęłam – Wobec kogo? Bo chyba nie wobec Stephana, który teraz walczy o życie!
- Kochana, uspokój się.
- Victoria – Max kucnął przede mną i patrzył mi w oczy – nie masz sobie nic do zarzucenia, jasne? Poświęciłaś i tak wiele, nie każdy zrobiłby tyle na twoim miejscu.
- Ale mnie nie obchodzi każdy… - jęknęłam z oczami pełnymi łez po czym wstałam – Może powiedzą mi cokolwiek co tam się dzieje. – zauważyłam pielęgniarkę wychodzącą z sali. Podeszłam do niej szybko z nadzieją w oczach.
- Nie mogę pani nic powiedzieć więcej. Przykro mi, nie jest pani z rodziny.
- A kogoś z rodziny pani tu widzi? – zagotowałam się
- Właśnie nadchodzi jego matka, przepraszam. – pielęgniarka weszła do pokoju lekarskiego, a ja zawróciłam się i zobaczyłam kobietę, która pospiesznym krokiem szła w stronę sali. W moją stronę. Wyglądała na nieco przejętą. Miała włosy w nieładzie. Wyglądała na dojrzałą kobietę. Patrzyłam na nią bezczelnie i bez skrępowania. Ona minęła mnie, nawet na mnie nie zwracając uwagi i już miała wejść do lekarskiego, gdy znajoma pielęgniarka ponownie z niego wyszła.
- Dzień dobry, Lara – nie usłyszałam nazwiska – przyjechałam jak najszybciej się dało, jestem matką Stephana, co z moim synem?!
Pielęgniarka spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i powiedziała na tyle głośno abym mogła usłyszeć. – Przykro mi, Stephan jest w krytycznym stanie. Potrzebujemy natychmiast jedynego leku, który jest w stanie uratować pacjenta.
- To podajcie go, na co czekacie?! – oburzyła się kobieta
Nie mogłam tak po prostu stać z boku. – Właśnie czekamy na informację z fundacji. – odezwałam się, a kobieta odwróciła się i nasz wzrok się spotkał. Stephan miał jej oczy. Przez chwilę zahipnotyzowałam się, ale kontynuowałam szybko. – Mój chłopak jest w kolejnej, bo dwie odmówiły nam już pieniędzy.
Kobieta ścięła mnie bezwzględnie. – Kim pani jest i o czym pani mówi?!
Pielęgniarka wyprzedziła mnie. – To jest pani Victoria. Pani Victoria przychodzi tu niemal codziennie od długiego czasu, kiedy stan Stephana był jeszcze w normie. Spędzali z sobą całe dnie, bardzo się do siebie przywiązali i zżyli, a teraz pani Victoria szuka reszty pieniędzy na lek, który niestety jest bardzo drogi.
Kobieta kręciła głową. – Nic nie rozumiem…
- Bo może zrozumiałaby pani, gdyby tu była? – tak, to był czas Wiktorii… - Gdyby interesowała się pani Stephanem?
- Niech pani sobie nie pozwala. – zmroziła mnie wzrokiem – Nic pani o mnie nie wie, nie ma pani prawa się wypowiadać.
- Owszem, mam! – powiedziałam głośniej – Bo w głowie mi się nie mieści jak można porzucić dziecko! W dodatku tak chore dziecko! Jak pani mogła funkcjonować z tą myślą?! Przez cały ten czas nie widziałam w szpitalu pani ani raz! Ani raz! Nie interesowało panią to, że Stephan się śmiał, chciał się bawić. Że potrzebował kogoś. Że chciał się przytulić z radości, ale i schować się w ramionach, gdy źle się czuł i płakał. – do oczu nadeszły łzy, ale silnie kontynuowałam – Starałam się dać mu to wszystko, bo on zasługuje na miłość. Tyle, że nie mógł na nią liczyć od własnej mamy. Gdzie pani była, gdy Stephan nie mógł spać? Gdy nie mógł jeść? Albo gdy opowiadałam mu bajki na dobranoc? Pani śmie się nazywać jego matką?! – spojrzałam jej w oczy, a ona w moje
- Proszę stąd wyjść. Nie jest tu pani już potrzebna. – usłyszałam od niej
- Jak pani może?! – Lisa wkroczyła do akcji – Victoria wszystko poświęciła, żeby być dla pani syna podczas gdy pani szlajała się nie wiadomo gdzie, a teraz pani mówi do niej takie rzeczy?!
- W tej sytuacji – odezwał się Max - to Vicky wygląda na mamę Stephana, nie pani. – po czym obydwoje wzięli mnie za ręce, zawrócili się i pociągnęli za sobą
- Co za suka! – syknęłam, gdy odprowadzili mnie dalej
- No. Niezła franca.
- Lisa nie nakręcaj jej bardziej.
- To co, mam siedzieć cicho Max jak widzę taką
- Lisa!
Przyjaciółka przewróciła oczami. Zadzwonił telefon Maxa.
- To Nathan, na pewno do ciebie. – podał mi telefon, a ja odebrałam
- Nath, masz coś??
- Kochanie mam!
- Naprawdę?! – wisnęłam
- Tak, sprawdzaj konto i załatwiaj z lekarzami, zaraz będę.
- Boże, cudownie! – zaczęłam się śmiać. Rozłączyliśmy się i wpadłam w objęcia dwójki przyjaciół, którzy razem ze mną cieszyli się. Pobiegłam od razu do pielęgniarki, olewając matkę Stephana, która siedziała pod ścianą.
- Niedługo będziemy mieli pieniądze! – oświadczyłam pielęgniarce
- Jak to? – podniosła się matka chłopca, która mimochodem otarła łzy
- Proszę wziąć lek dla Stepha i go podawać. – dodałam entuzjastycznie
- Przykro mi, ale musimy poczekać na potwierdzenie przelewu.
- Ale przecież to duża suma, więc trochę to potrwa, a w tym czasie możecie podać już mu lek i go uratować.
- No właśnie. – przytaknęła za mną matka chłopca
- Przykro mi, ale niestety takie są procedury. To za poważna sprawa, za drogi lek, żeby uwierzyć na słowo, że państwo macie te pieniądze uzyskane.
- Ale tłumaczę pani, że mamy! – zaczęłam się denerwować – Mój chłopak zaraz tu będzie, więc pokaże pani dokumenty, potem przelew na koncie, a teraz proszę zacząć działać, podać lek Stephanowi i nie marnować czasu!
- Jestem całym sercem z wami, ale nikt mi nie pozwoli… Proszę sprawdzać stan konta i dać natychmiast znać, gdy już pieniądze faktycznie będą.
- To wam chodzi o głupie potwierdzenie moich słów czy o życie dziecka do cholery?!
- Vicky… - obok mnie pojawił się ni stąd ni zowąd Max, który ponownie odciągnął na bok
- Dlaczego oni to robią?! – miałam wrażenie, że opadam z sił
- Procedury…
- Lisa błagam cię, nie powtarzaj tego!
- Lepiej sprawdź konto.
Za pomocą telefonu Maxa weszłam na stronę banku. Mieliśmy konto w tej samej firmie, zdziwiłam się, bo nawet nie miałam pojęcia o tym. Zauważyłam, że George nie wylogował się z ostatniej sesji, a moim oczom ukazała się tzw. historia przelewów. Gdy spojrzałam niechcący zanim wylogowałam się z jego konta, na ostatni przelew z dokładnie taką samą kwotą jaką dostałam od anonima dla Stephana, a nr rachunku odbiorcy zgadzał się z moim, krew odpłynęła mi z mózgu. Zostało to zauważone, bo Max momentalnie zajrzał na telefon, a potem spojrzał mi w oczy, milcząc. Przełknęłam ślinę i zwróciłam na niego wzrok.
- To ty…? – spytałam ochryple - … Max! … Odpowiedz mi!
- Tak, to ja. – westchnął – Zadowolona?
- Nie! Niezadowolona! Po co ten cyrk z anonimem?
- A co ci miałem powiedzieć?!
- Prawdę?!
- Serio?! Miałem dać ci te pieniądze, mówiąc „Weź Vicky, przydadzą się Stephanowi”?!
- Tak! A co w tym takiego dziwnego?!
- Victoria nie bądź śmieszna! – ściął mnie – Wzięłabyś te pieniądze?! Ode mnie?!
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Patrzyłam na niego ze łzami w oczach i zaciśniętą szczęką.
- Halo – odezwała się Lisa, która obserwowała nas w milczeniu – naprawdę chodzi o ten wielki anonimowy przelew?
W tej chwili na korytarz wpadł Nathan. – Powiedziałaś, że mamy pieniądze?
- Tak, ale każą udokumentować, że rzeczywiście pieniądze są zebrane.
- Ok, lecę dać im papiery z fundacji. Kochanie, udało się! – pocałował mnie szybko w policzek i szczęśliwy pobiegł do gabinetu lekarskiego. Oddałam telefon Maxowi, nawet na niego patrząc. Jakieś 5 minut później, zrobiło się ogromne zamieszanie. Lekarze i pielęgniarki pospiesznie wymieniali się w drzwiach do Stephana. Pielęgniarka znajoma po którymś razie pokazała nam kciuk uniesiony w górze i poruszyła ustami, mówiąc, że lek został podany. W czwórkę zaczęliśmy trzymać się za ręce, pełni nadziei, że się uda. Że za niedługo będziemy mogli zobaczyć Stephana, który poczuje się lepiej. Jego matka co jakiś czas patrzyła na nas, ale kiedy nasz wzrok się spotykał, opuszczała głowę albo się odwracała.
- Kto to jest? – spytał w końcu Nathan
- Jego matka. – odpowiedziałam, a chłopak spojrzał na mnie zszokowany i aż otworzył usta ze zdziwienia
- Teraz się zjawiła?!
- Nath, już jej nagadaliśmy, daj spokój. – złapałam go mocniej za rękę, bo widziałam, że już wybierał się w jej kierunku – Teraz najważniejszy jest Steph.
- Masz rację… - powiedział – Dostał lek, już będzie tylko lepiej. – uśmiechnął się z ulgą – Wiesz jak się cieszę, że udało się? Nawet sobie nie wyobrażasz! Już chcę przybić z nim piątkę i budować następne autostrady, które tak lubi. Jestem przeszczęśliwy!
- Ja też chcę go już bardzo zobaczyć. – przyznałam szczęśliwa jednak zaniepokoił mnie znowu ruch pod salą i krzyki lekarzy do pielęgniarek. Spojrzałam na Nathana. On również z niezrozumienia ściągnął brwi. Podbiegliśmy my i matka chłopca do lekarza.
- Proszę się odsunąć, musimy rozpocząć reanimację. – i zniknął za zamkniętymi drzwiami. Matka Stephana zaczęła szlochać, a ja bezwładnie osunęłam się. Gdyby nie ściana za mną, spotkałabym się z podłogą. Nathan momentalnie złapał mnie za rękę. Błądziłam wzrokiem, nie byłam w stanie racjonalnie myśleć. Za tymi drzwiami, kilkanaście metrów przede mną, mały chłopiec, którego pokochałam walczył o życie. Dosłownie.
- Jak to? – jęknęłam – Przecież lek…
Miałam wrażenie, że trwało to wieczność. Najokropniejsza wieczność w moim życiu…
Drzwi od sali otworzyła znajoma pielęgniarka, która wychodziła na korytarz. Spotkałam się z jej wzrokiem. Miała szklane oczy i dopiero wtedy usłyszałam jednostajny pisk sprzętu, do którego podłączony był Stephan. Zaczęłam kręcić głową. Pielęgniarka podeszła do matki chłopca, spojrzała na mnie i zdołała tylko wypowiedzieć;
- Spóźniliśmy się z lekiem. Bardzo mi przykro…
- Nie! – krzyknęłam i wybuchnęłam płaczem – To na pewno nieprawda! Lek po prostu nie zaczął jeszcze działać. To nieprawda! Stephan żyje! – krzyczałam, płacząc. Jego matka schowała twarz w dłoniach. – To nieprawda! – szlochałam – Nathan! – chłopak był cały blady, złapał się za głowę i kucnął wbijając wzrok w ziemię. Lisa trzymała się za czoło, a Max wyklinając, walnął pięścią w ścianę. Czułam się jak w amoku, jakbym miała zaraz rozerwać się. Złapałam swoją torbę i wybiegłam z korytarza na sam dół, po czym wybiegłam na dwór. Nie przebiegłam więcej niż 15 metrów i wybuchnęłam płaczem aż zgięłam się w połowie. Zanosiłam się, szlochałam, nie potrafiłam nabierać powietrza.
- Stephan… - zaczęłam powtarzać co chwilę przez płacz - … Steph …

Nie mogłam uwierzyć, że… Nawet nie przechodziło mi to przez myśl. Nie mogłam się z tym pogodzić. Przecież jeszcze kilkanaście minut temu cieszyliśmy się wszyscy, że się udało, że Mały wyzdrowieje, wiązaliśmy z nim dalsze plany. Tak bardzo chciałam go zobaczyć, a tu… więcej miałam go już nie zobaczyć. Nie miałam już nigdy więcej jego usłyszeć, wpatrywać się w jego wielkie, ciekawe świata, orzechowe oczka… Nie miałam już nigdy więcej się z nim śmiać, gładzić go po drobnej rączce, przytulać… Tak po prostu jego już nie było…






…wiem. Dowaliłam.
Cześć :*! Już wycierajcie nosy, osuszcie swoje piękne oczęta. Ja to poczyniłam, bo nie ukrywam, że się sama nakręciłam i wzruszyłam pisząc ten rozdział. Jak już wiecie- niestety ten wątek nie zakończył się happy endem. Tak jak w życiu. Nie ma co słodzić i opowiadać, że jest wszystko różowe do pożygu (wybaczcie dosadne określenie) skoro nie zawsze jest.
Ale! To nic nie znaczy i wcale to nie namierza mojego kierunku na osadzenie Wantedowych w szarych barwach- znacie mnie już dosyć długo i wiecie, że tak nie będzie ;)
Moi Drodzy! Spięłam się właściwie w nieco ponad dwie godziny z rozdziałem i szczerze mówiąc do ostatniej linijki nie wierzyłam, że jeszcze dzisiaj uda mi się dodać nowy rozdział! Woho! San samą siebie tez potrafi zaskoczyć ;D!
A będąc już w ostatniej dobie ostatniego dnia Starego Roku, życzę Wam Kochani wszystkiego co najlepsze i najpiękniejsze- zdrowia i szczęścia, bo wydaje mi się, że wtedy wszystko będzie się układać. Niech 2016 rok będzie lepszym rokiem niż ten, który niedługo za Nami. Macie jakieś postanowienia noworoczne, którymi chcecie się podzielić ;>?
Ja mogę Wam zdradzić, że mam kilka celów na ten rok. Mianowicie! Zdanie oczywiście dwóch lat studiów w rok, które ciągnę, odbycie stażów, przeprowadzka do innego miasta, znalezienie pracy… A z takich „głębszych” zamiarów- pozbycie się i wystrzeganie toksycznych znajomości. Chyba nic tak mnie nie rozwala jak marnowanie czasu dla osób, którym ten czas nie powinien zostać poświęcony (pominę swoje osobiste powody ;p).
Kończę, bowiem trzeba porządnie się wyspać przed nocną zabawą, żeby wyglądać jak gwiazda, a nie jak np. z ostatniej historii na basenie, którą opowiedziałam Wam pod ostatnim rozdziałem… ;p
Odwiedźcie Wantedowe Story za kilka godzin znowu! Planuję  nowy wygląd strony ;)…

Trzymajcie się ciepło, szampańskiej zabawy, czytamy się w Nowym Roku :D!!!
<3